Sztafeta Pokoleń PPS. Rozmowa z Tomaszem Truskawą.

Chcemy Wam przedstawić (choć pewnie wielu z spośród Was nie trzeba przedstawiać) Tomasza Truskawę, honorowego przewodniczącego PPS Niepodległość. Z Tomkiem przeprowadzimy luźną rozmowę o historii PPS i jego czynnym udziale w opozycji antykomunistycznej w tym również w ramach prac nad odbudową PPS w okresie PRL i w pierwszych latach III RP. Rozmowie naszej chcemy nadać swoistą formę tzw. Sztafety Pokoleń PPS. Sztafety, której i my jesteśmy uczestnikami.

Witaj Tomku. Czy na początek możesz opowiedzieć nam o tym skąd pochodzisz, o swych korzeniach rodzinnych? Interesuje nas także w jakich okolicznościach rozpoczęła się Twoja działalności polityczno-opozycyjna?

Tomasz Truskawa: Urodziłem się w Bydgoszczy w 1965 roku i mieszkałem w tym mieście do 1983 roku, kiedy wyjechałem do Warszawy na studia politologiczne. Rodzina typowa dla okresu PRL, ludzie normalnie pracujący (chociaż akurat Ojciec pracował w Wydziale Łączności tutejszej Komendy Wojewódzkiej MO – później WUSW). Żadnej zorganizowanej działalności opozycyjnej wobec PRL nie prowadzili, jednak zarówno trudności życia codziennego (zwłaszcza w drugiej połowie lat siedemdziesiątych) znajdowały odbicie w codziennych rozmowach. Kiedy sięgam pamięcią, to wydaje mi się że takie pierwsze poważniejsze fakty dotyczące otaczającego nas ówcześnie fałszu związane są z rozmowami ze znajomymi mojej Babci, od których m.in. pochodziła pierwsza wiedza o Katyniu.

Czy jeszcze coś z tych wspomnień znajomych Babci utkwiło w pamięci młodego człowieka?

TT: Tak. Istotne znaczenie miały też na przykład ich wspomnienia związane z obecnością wojsk radzieckich w Bydgoszczy, które znacząco odbiegały od wyidealizowanego obrazu ze szkolnych podręczników. Tak to się jakoś kształtowało. Dużą rolę w kształtowaniu mojej postawy odgrywały audycje Radia Wolna Europa (i innych stacji ale RWE było najważniejsze), nie tylko jako źródło informacji wolnej od cenzury ale również jako dostęp do treści książek w PRL zakazanych.

Tomku proszę przenieś nas trochę w okres PRL-u. Jak zapamiętałeś te wspomnienia np. o Katyniu, wkroczeniu wojsk radzieckich we wrześniu 1939? Opowiedz o wiadomościach z Radia Wolna Europa przenoszonych „pocztą pantoflową”. Jak to wyglądało w rzeczywistości, jak widziane to było oczami nastoletniego zbuntowanego chłopaka?

TT: Od najmłodszych lat interesowałem się historią. Początkowo głównie antyczną ale jeszcze w szkole podstawowej zająłem się dziejami Wojny Obronnej. Odtwarzałem składy i obsady jednostek, nie było to łatwe, bo dostęp do źródeł był utrudniony, a te które ukazały się oficjalnie były niezwykle skąpe. Zastanowiło mnie również i to, że dostępne mapy II RP były jakby okrojone ukazywały tylko fragment terytorium, podobne trudności dotyczyły losów niektórych jednostek po 17 września. Zacząłem pytać i tak okazało się, że podręczniki i inne książki przedstawiają historie ocenzurowane, że nie ma w nich słowa właśnie o Katyniu, o obronie Wilna czy Grodna, o losach polskich żołnierzy (Bydgoszcz była przed wojną dużym garnizonem) zagarniętych przez Rosjan. Te opowieści ludzi, potem uzupełniane przez książki czytane na antenie RWE pokazywały bezmiar kłamstwa panującego w PRL. Chyba właśnie chęć dotarcia do prawdy była tym, co postawiło mnie po tej stronie barykady, którą (upraszczając) nazwać można antykomunistyczną.

Kiedy ta Twoja świadomość polityczna zaczęła się ugruntowywać „na dobre”? Kiedy pierwszy raz poczułeś w którą stronę powinien iść Tomasz Truskawa? Z kim mu po drodze, a do kogo daleko?

TT: Kiedy poszedłem do liceum (a był to rok 1979) mój stosunek do PRL był zdecydowanie „niechętny”. W rozmowach z kilkoma kolegami okazało się, że i oni mają podobne poglądy. Od słowa do słowa postanowiliśmy powołać organizację antykomunistyczną, którą nazwaliśmy Związkiem Młodzieży Niezależnej (później Konfederacja Niezależnej Młodzieży Polskiej). Zaczynaliśmy naszą działalność skromnie, od ulotek wykonanych ręcznie (przy pomocy dziecięcego zestawu „Mały drukarz”) oraz od malowania napisów na murach. Trudno w tamtym okresie mówić o konkretnych przekonaniach politycznych. Raczej były one z grubsza związane z tradycją piłsudczykowską, niepodległościową.

Wspominasz o ZMN i KNMP? Kto wówczas współtworzył z tobą te organizacje? Czy te przyjaźnie przetrwały?

TT: Współtworzyli te struktury koledzy z klasy. Dzisiaj, po latach, nasze drogi się rozeszły. Studiowaliśmy w różnych miastach, rzadko się widywaliśmy. Jedni stracili zainteresowanie aktywnością polityczną inni nie. Jeden z kolegów jest członkiem Stowarzyszenia Wolnego Słowa i mamy kontakt. Część, jak się dowiedziałem, wyjechała z Polski na emigrację. Tak więc te kontakty są bardzo luźne.

Wróćmy do Związku Młodzieży Niezależnej. Kiedy przeszliście od wspomnianej skromnej działalności do poważniejszych akcji o charakterze opozycyjnym?

TT: Pierwszą poważniejszą akcją miało być postawienie pomnika „Ofiarom Katynia” w kwietniu 1980 roku. Jeden z Kolegów był uzdolnionym rzeźbiarzem i chcieliśmy żeby wyrzeźbił go w bloczkach gazobetonowych, które planowaliśmy zakosić z jakiejś budowy. Okazało się, że takie bloczki składowane są w pobliżu naszych mieszkań. Był to jednak początek roku 1980 i materiałów budowlanych brakowało na potęgę. Zanim zorganizowaliśmy akcję ich zdobycia, ktoś nas uprzedził. Szczęśliwie okazało się, że na wiadukcie wjazdowym do miasta ustawiono postument, na którym później miała zostać umieszczona tablica „Witamy w Bydgoszczy”. Jednak w kwietniu 1980 r. był tylko goły betonowy słup. Odpadło nam zatem rzeźbienie, postanowiliśmy wykonać napis, przygotowaliśmy szablony, znicze i kwiaty. Wszystko poszło bardzo sprawnie. Ubrani w fartuchy wykonaliśmy napis „Ofiarom Katynia 1940” i postawiliśmy znicze. Wszystko by się udało, gdyby nie fakt że jeden z Kolegów postanowił wycyzelować napis. W trakcie tego wiaduktem przejeżdżał komendant jednego z okolicznych posterunków MO, który złapał jednego z nas, a bezpieka wydobyła nazwiska następnych „przestępców”. Tak, 26 kwietnia 1980 roku po raz pierwszy trafiłem w ręce SB.

Wspominałeś, że rozpocząłeś naukę w liceum w 1979 roku, zatem w kwietniu 1980 byłeś wciąż w I klasie. Przyznam, że szybko daliście się poznać dyrekcji szkoły. Czy w związku z obchodami katyńskiego mordu spotkały Was jakieś reperkusje?

TT: Nie wyrzucili nas ze szkoły, bo dyrektor wyjaśnił bezpiece, że lepiej będzie gdy on będzie miał na nas baczenie niż gdyby „zarazę” rozsiać po innych szkołach. Nadeszły wakacje a z nimi Sierpień 1980. Po powrocie do szkoły zaczęliśmy pomagać w bydgoskim MKZ (plakatowania, ulotkowania itp.). Jednocześnie włączyliśmy się w rozmaite inicjatywy związane z „ruchem odnowy” wśród młodzieży. Zostałem członkiem Związku Młodzieży Demokratycznej. Jednym słowem był to czas intensywnej działalności na różnych polach. Czasami podczas plakatowania legitymowała nas milicja raz nawet nas zatrzymali. Jednak czuliśmy się pewnie, korzystając z atmosfery czasu wolności, a tego typu szykany pozwalały oswoić się z aparatem represji.

Można powiedzieć, że czasy liceum ugruntowały Twoje przekonania, a sama działalność hartowała osobowość. Piękny czas, w którym zapewne Polacy poczuli powiew wolności. Jak wiemy szybko został on stłumiony?

TT: Tak. Jak wiemy, potem przyszedł stan wojenny. Po wznowieniu zajęć w szkołach wrzucaliśmy ulotki do szkolnych gablot, prowadziliśmy kolportaż i inne tego typu działania. Czasami prewencyjnie zatrzymywała nas SB, ponieważ nie mieli nic konkretnego kończyło się na rozmowach ostrzegawczych.

A co było dalej? Zakończenie szkoły? Matura i ….? Gdy zaczyna się dorosłe życie, czasem chęć działania ustępuje pragmatyzmowi przetrwania. Jak było u Ciebie? Czy zainteresowanie opozycyjnością przetrwało?

TT: Przyszła jesień 1983 roku i wyjechałem na studia do Warszawy. Trzeba było nawiązywać kontakty w nowym środowisku. Z jednej strony dostęp do niezależnych wydawnictw był o wiele łatwiejszy ale o konkretną działalność było trudniej. Udało mi się nawiązać kontakt z Międzywydziałowym Kołem Naukowym „Wiedza”, którym ówcześnie kierował Grzesiek Ilka. MKN „Wiedza” powstało w reakcji na rozwiązanie przez władze Ośrodka Pracy Politycznej „Sigma”, z którym związani byli m.in. Piotrek Ikonowicz czy Krzysiek Markuszewski. „Wiedza” była swoistą legalną wypustką podziemia solidarnościowego, m.in. środowiska redakcji „Robotnika” (pisma członków i sympatyków Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu „Solidarności”). Ten kontakt oraz fakt, że mieszkałem w akademiku w jednym pokoju z Czarkiem Miżejewskim sprawiły, że do „Robotnika” trafiłem.

Zatem na studiach oprócz nauki w dalszym ciągu szukałeś kontaktów (żeby nie powiedzieć guza uwzględniając okoliczności lat 80.). W dalszym ciągu opór przeciw temu co dookoła, stanowił jedną z istotniejszych płaszczyzn w tym życiu. Jednak wspomniałeś tu o „Robotniku”, zatem środowisku bądź co bądź lewicowym. Zgoda lewicy niepodległościowej, ale jednak lewicy?

TT: Doświadczenia okresu „Solidarności” – wielkiego zrywu robotniczego, a później dyskusje w „Robotniku” kształtowały mój lewicowy światopogląd. Studia politologiczne ułatwiały zarówno zrozumienie wielu procesów ale przynosiły także konkretne pożytki. Należała do nich możliwość korzystania z biblioteki Wyższej Szkoły (później Akademii) Nauk Społecznych przy KC PZPR. W tej oto bibliotece dostępne były publikacje, które w Bibliotece Uniwersyteckiej należały do prohibitów (czyli dostępne były jedynie na podstawie specjalnego pozwolenia). Czytelnia w ANS (obecnie to budynek Rady Ministrów) była jednym z miejsc gdzie pogłębiałem wiedzę na temat niepodległościowego socjalizmu. Co ciekawe były tam również dostępne niskonakładowe opracowania wewnętrzne PZPR dotyczące aktualnej sytuacji w kraju (kopalnia wiedzy).

Zatem miałeś dostęp do wiedzy z pierwszej ręki. Można powiedzieć, iż podchodziłeś naukowo do zagadnień związanych z instrumentami władzy w PRL, ale także mechanizmami opozycji i tak zwanego podziemia?

TT. Tak. Z drugiej strony zaangażowanie w codzienne knucie pozwalało lepiej zrozumieć sytuacje wewnątrz podziemia, a ta wcale nie była taka prosta. Co prawda pierwsza połowa lat osiemdziesiątych to jeszcze okres romantycznego oporu wobec komunistów ale od 1986 było już gorzej (tak w sensie np. znajdowania lokalu na druk czy ogólnej woli działania). Nie mniej drukując, kolportując i konspirując wykluła się koncepcja odtworzenia w kraju struktur Polskiej Partii Socjalistycznej.

Koncepcja odrodzenia najstarszej partii politycznej w Polsce była naprawdę piękna i imponująca. Nie zapominajmy jednak, że pojawiła się ona w systemie, który socjalistów niepodległościowych namiętnie zwalczał. Wiązało się to z pewnością z dużą odwagą, ideowością ale także zapewne z pewnymi trudnościami?

TT: Pierwszym krokiem do tego było powołania na bazie redakcji „Robotnika” Grupy Politycznej „Robotnik”. Grupa była środowiskiem szerszym niż zespół „Robotnika”. W styczniu 1986 opublikowaliśmy Deklarację GP „R”, a wcześniej udało się nawiązać korespondencję z Lidią Ciołkoszową. Rocznicowy rok 1987 wydawał się nam doskonałą okazją do ogłoszenia decyzji o odtworzeniu struktur Polskiej Partii Socjalistycznej w kraju. Podjęliśmy szereg rozmów na terenie kraju, podjęliśmy działania w ramach Miesiąca Prasy Zakładowej NSZZ „Solidarność” i tak 15 listopada 1987 roku w Warszawie ogłosiliśmy powstanie PPS.

Jaki był stosunek emigracyjnego PPS do Waszej grupy? Wspominałeś korespondencję z Lidią Ciołkoszową. Jak ona zapatrywała się na to co robi w Warszawie grupka idealistów niepodległościowej lewicy?

TT: Listowną łączność z PPS na emigracji nawiązaliśmy w połowie 1985 roku. Otrzymaliśmy ciepły i serdeczny list od tow. Lidii, który tylko utwierdził nas w przekonaniu o tym, że dokonaliśmy słusznego wyboru. Trudno jednak mówić o jakimś współdziałaniu organizacyjnym czy działaniu w uzgodnieniu. Tym bardziej, że emigracyjna PPS miała swoje problemy. Jednak nawet to moralne wsparcie miała dla nas znaczenie. Ściślejszą współpracę nawiązaliśmy dopiero po odtworzeniu krajowych struktur PPS.

Czy mieliście już wtedy swobodniejszy dostęp do emigracyjnej prasy socjalistycznej? Czy w jakimś stopniu opinie i zapatrywania działaczy emigracyjnego PPS znalazły swoje odzwierciedlenie w tezach programowych PPS, czy raczej te tezy wynikały z doświadczenia zdobytego przez was tu w Polsce?

TT: Z dostępem do prasy emigracyjnej nie było łatwo ale dzięki studiom na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych było nam łatwiej. Mieliśmy dostęp do czytelni w Wyższej Szkole Nauk Społecznych przy KC PZPR (późniejszej Akademii Nauk Społecznych), gdzie większość publikacji należących do prohibitów w bibliotece uniwersyteckiej była swobodnie dostępna. Jeżeli zaś chodzi o uwzględnienie dorobku PPS na emigracji w naszych pracach programowych to trzeba uczciwie przyznać, że mieliśmy tyle doświadczeń z życia w PRL (uwzględniając przede wszystkim doświadczenia potężnego ruchu robotniczego w postaci „Solidarności”), że nie musieliśmy sięgać do opracowań emigracyjnych. Oczywiście było to w nas obecne, choćby poprzez lekturę, jednak kształtowało nas przede wszystkim doświadczenie zdobyte „tu i teraz”.

Co było dalej? Jak rozwijała się PPS? Czy początkowy entuzjazm nie opadł nieco wraz z upływem kolejnych miesięcy?

TT: Później przyszedł tzw. „kryzys lutowy” (1988) i faktyczny, a potem formalny rozłam na PPS „młodych” (później PPS-RD) i PPS kierowaną przez Jana Józefa Lipskiego. Ja oczywiście byłem w tej frakcji, która przyjęła przydomek RD. Jednak ta ostatnia wkrótce zaczęła przyjmować kierunek zbyt „internacjonalistyczny”, żeby nie powiedzieć trockistowski, to zaś spowodowało, że część struktur zdecydowała się na odłączenie i powołanie Porozumienia Prasowego PPS (zrzeszało ono bowiem środowiska skupione wokół redakcji poszczególnych tytułów prasy PPS), a później Tymczasowego Komitetu Krajowego PPS. W tym okresie powołana została „Warszawianka”, która miała być pismem warszawskiej organizacji PPS, a której byłem naczelnym. Jednak wkrótce TKK zaczęła „kostnieć”, trwając w historycznym modelu przedwojennej partii, a dodatkowo ugrzęzła w konflikcie dotyczącym struktur emigracyjnych.

Pamiętasz może, czego dotyczył ten konflikt?

TT: Z grubsza rzecz biorąc konflikt pomiędzy grupą Ciołkosza a grupą Zawadzkiego dotyczył wejścia przez tych pierwszych do ośrodka trwającego w przekonaniu o legalistycznej ciągłości władzy „rządu emigracyjnego”, a trwaniu przez tych drugich w przekonaniu, że „ośrodek legalistyczny” to ciągłość „władzy sanacyjnej” zwalczającej ruch socjalistyczny. Ten konflikt trwał od grudnia 1987 roku i zakończył się zjednoczeniem obu nurtów na początku 1990 roku.

Jaki kurs w dobie konfliktów i podziału przyjęła „Warszawianka”, której byłeś jak sam wspomniałeś naczelnym? Jako naczelny miałeś zapewne duży wpływ na to stanowisko?

TT: W okresie konfliktu Redakcja „Warszawianki” przyjęła linię polityczną na pograniczu PPS-RD a TKK PPS. Z jednej strony wspieraliśmy działania RD służące odbudowie „Solidarności” jako ruchu pracowniczego, bez wchodzenia w alianse z PZPR, a z drugiej strony wspieraliśmy np. działalność TKK polegającą na odtwarzaniu struktur „S” na Śląsku. Jednocześnie prowadziliśmy realne działania zmierzające do odbudowy jednolitości ruchu socjalistycznego. M.in. z inicjatywy redakcji „Warszawianki” powstała Akademicka Organizacja PPS, w której działały osoby ze wszystkich trzech odłamów PPS.

Zatem pojawiła się szansa na zjednoczenie zwaśnionych środowisk niepodległościowych socjalistów?

TT: Takie działania zjednoczeniowe wkrótce podjęły pozostałe środowiska PPS-ów, przy aktywnym udziale CKZ PPS. Przed wakacjami w 1990 roku powołana została Komisja Wspólna, której zadaniem było doprowadzenie do Kongresu Zjednoczeniowego. Miałem w tej Komisji specyficzną rolę, raz bowiem występowałem jako PPS-RD, a innym razem jako TKK PPS (łatwo to sprawdzić w protokołach z posiedzeń Komisji). Jednocześnie, korzystając z faktu, że wspólnie z Małgosią Motylińską przygotowaliśmy projekt „Programu TKK PPS”, podjąłem prace w ramach Komisji Programowej jednoczących się struktur, której zadaniem było przygotowanie projektu programu PPS, który miałby zostać przyjęty na Kongresie Zjednoczeniowym. Na XXV Kongresie (zjednoczeniowym), który miałem zaszczyt współprowadzić zostałem wybrany do Rady Naczelnej, a przez nią w skład CKW.

Opowiedz nam troszkę o tym Kongresie. Dla nas młodych jest on symbolicznym wręcz momentem. Jak wyglądał on „od kuchni”? Czy obawialiście się np. że niedawne animozje znów wezmą górę? Czy gdy kongres się rozpoczynał, była realna jeszcze groźba, że do zjednoczenia może nie dojść?

TT: Kongres, na którym doszło do zjednoczenia trzech wywodzących się z podziemia struktur PPS był końcowym efektem działań podjętych dużo wcześniej. O potrzebie takiego zjednoczenia rozmawialiśmy we wszystkich odłamach oraz pomiędzy tymi odłamami. Powstawały inicjatywy, które były oddolnymi próbami jeżeli nie zjednoczenia to przynajmniej wspólnego działania. Jednak droga do Kongresu wcale nie była usłana różami. Wzajemna nieufność działaczy, padały wszak wcześniej i zarzuty o agenturalność i o zdradę ideałów, i o lewactwo, i wiele innych, różnice w metodach działania i deklarowanych celach, a wszystko to w kontekście niedawnego „okrągłego stołu” i porozumienia z komunistami oraz stosunku do tzw. planu Balcerowicza. W czerwcu 1990 roku rozpoczęła prace Komisja Porozumiewawcza (później nazwana Wspólną) w pracach której uczestniczyli przedstawiciele PPS Jana Józefa Lipskiego, PPS-RD oraz TKK PPS, jak również przedstawiciele Centralnego Komitetu Zagranicznego PPS. Mimo wszelkich różnic w poglądach a czasami po prostu animozji personalnych prace nad zwołaniem Kongresu zjednoczeniowego posuwały się naprzód. Nie od rzeczy będzie przypomnienie dobrego ducha tych rozmów tow. Stefana Trzcińskiego ze Szwecji, którego mediacje niejednokrotnie niwelowały rodzące się konflikty. Udało się w dobrej współpracy wznowić wydawanie „Biuletynu Informacyjnego”, a już 3 lipca podpisać wspólną „Deklarację Intencji”. Również prace programowe przebiegały bez większych trudności. Okazało się, że różnice są mniejsze niż się początkowo wydawało. Nawet fakt, że zarówno PPS-RD, jak i CKZ zgłosiły na Kongresie własne projekty programu nie wpłynął w żadnym stopniu na wolę zjednoczenia.

Na Kongresie zabrakło środowiska Odrodzonej PPS Edwarda Osóbki Morawskiego, weterana tzw. lubelskiej PPS, dygnitarza PRL. Jak duża i wpływowa była ta grupa, jak patrzyliście na to środowisko i próbę odbudowy partii podjętą przez Osóbkę-Morawskiego? Czy nie pojawiły się podejrzenia o działalność „dywersyjną” mającą na celu rozbicie i niedopuszczenie do odrodzenia „konkurencyjnej” partii na lewicy.

TT: Były dyskusje na posiedzeniach Komisji Wspólnej jak potraktować rozmaite grupy nawiązujące do tradycji demokratycznego socjalizmu, które chciały uczestniczyć w Kongresie. Jedną z nich była grupa Osóbki-Morawskiego. Na początku sierpnia w imieniu Komisji Kongresowej skierowany został do nich list, w którym wprost padło stwierdzenie, że „z lubelską PPS nie chcemy mieć nic wspólnego”.

Co wydarzyło się po Kongresie?

TT: Kolejne lata to czas rozmaitych walk frakcyjnych w PPS ale i normalnej działalności organizacyjnej i politycznej. Jako członkowi CKW (przez większość tego czasu) pracy mi nie brakowało (zarówno w Wydziale Społeczno-Zawodowym jak i Organizacyjnym).

Wiemy, że nie należysz już dziś do PPS. Jesteś Honorowym Przewodniczącym PPS Niepodległość. Co się wydarzyło, że zdecydowałeś się opuścić szeregi PPS, partii w której odrodzeniu brałeś czynny udział?

TT: Moje członkostwo w PPS skończyło się w roku 1993, kiedy podjęta została decyzja o sojuszu wyborczym z SLD. Formalne współdziałanie z komunistami uznałem za fakt, który uniemożliwia mi dalszą działalność w partii. Wszystko to bowiem przypominało tzw. lubelską PPS i jej serwilizm wobec komunistycznego hegemona. Ta obawa niestety znalazła swoje potwierdzenie w późniejszych losach PPS.

Co najbardziej przeszkadzało Ci w sojuszu ówczesnego PPS z SLD? Wtedy jeszcze SLD nie miało okazji sprawdzić się w demokratycznych warunkach rządzenia, zatem zapewne historia?

TT: Pójście na wspólnej liście z komunistami (nawet przefarbowanymi) byłoby niejako zaprzeczeniem dotychczasowej drogi życiowej. Komuniści nigdy nie rozliczyli się z PRL nie tylko ze zbrodni ale przede wszystkim z tego co uczynili z państwem i społeczeństwem w czasie swoich rządów. Skojarzenia z rokiem 1948 też miały wpływ na moją decyzję.

Po śmierci Jana Józefa Lipskiego dochodzi do zmian. W 1993 r. po decyzji Kongresu PPS o wejściu w skład kolacji SLD, swoją rezygnację z funkcji Honorowej Przewodniczącej PPS złożyła Lidia Ciołkoszowa. Zrezygnowała podobnie jak Ty z członkostwa w PPS. Następnie przyszedł rok 1996 i oficjalnie PPS zjednoczyła wszystkie grupy w tym tzw. odrodzoną PPS Osóbki -Morawskiego. Brzmi pięknie – zjednoczona PPS. Z jednej strony PPS rozpoczęła funkcjonowanie jako jedna partia, ale proces odcinania niepodległościowych skrzydeł nie można było już zatrzymać. Czy utrzymywałeś wówczas kontakt z kimś z emigracyjnej PPS, jak oni i wy, zapatrywaliście się na ów ruchy PPS?

TT: To już nie była moja PPS. Spotykałem się prywatnie z działaczami PPS zwłaszcza z Niemiec i Szwajcarii. Nasza ocena sytuacji w partii była jednoznaczna i nie była ona pozytywna. Partia pod kierownictwem osób związanych z tradycja „lubelskiej PPS” coraz bardziej przypominała żywego trupa, który podrygiwał w takt muzyki granej w SLD.

Nigdy nie czułeś w sobie pokusy aby wrócić?

TT: Pokusy już nie. Chociaż podjąłem taką próbę, kiedy pojawiła się możliwość powrotu z uznaniem stażu. Jednak opór ludzi wywodzących się ze środowiska komunistycznego skutecznie zniechęcił mnie do kontynuowania tej próby. Sporo czasu zajmowały i nadaj zajmują inne rodzaje aktywności publicznej.

Wydaje się że z upływem lat i trwania w koalicji SLD, wśród polskich socjalistów coraz większą dominację zaczęła odgrywać początkowo odrzucana przez niepodległościowców PPS Osóbki-Morawskiego. Jakie były twoim zdaniem tego przyczyny?

TT: Pokolenie osóbkowców miało czas i nawyki z działalności w różnego rodzaju komunistycznych strukturach. Partia straciła dynamizm, jej działacze bardziej zajmowali się antyszambrowaniem w gabinetach SLD-owskich działaczy niż budowaniem struktur ruchu niepodległościowego socjalizmu. Brak głębszej analizy neoliberalnego kierunku zmian (głównie gospodarczych ale nie tylko), faktyczna zgoda na rolę „przystawki” w SLD to wszystko spowodowało zanik PPS w przestrzeni publicznej.

Czy z rosnącą dominacją kontynuatorki tzw. lubelskiego PPS zgadzała się Lidia Ciołkoszowa. Czy wiesz może jaki był jej stosunek do tego tworu? Możesz również wyjaśnić młodszym czytelnikom, o co chodziło w tym ciężkim do zrozumienia procesie. Wspomnieliśmy, że „osóbkowcy” zdominowali Kongres, gdyż jedną z decyzji kongresowych była zmiana numeracji kongresów według interpretacji Odrodzonej PPS. Czyli de facto, Kongres Jedności dokonał oficjalnego uznania „zasług” lubelskiej PPS i przejęcia jej narracji i oceny historii przez obecną PPS?

TT: W czasach kiedy w partii zaczął dominować nurt „osóbkowców” mnie już w niej nie było. Wiem tyle, ile dowiedziałem się z relacji czy czytając prasę. Rzeczywiście symbolicznego znaczenia nabrała zmiana numeracji kongresów. Chodziło o to, że numeracja Kongresów zakończyła się na XXIV Kongresie w 1937 r. w Radomiu. Późniejsze kongresy odbywane przez „lubelską” PPS nie były uznawane przez kontynuatorów Polskiej Partii Socjalistycznej na emigracji. Po 1989 roku odbył się jeszcze XXV Kongres w 1990 r. (tzw. zjednoczeniowy) oraz XXVI Kongres, na którym podjęto decyzję o wejściu w koalicję z SLD. Tymczasem „lubelska” PPS kongresy XXV, XXVI, XXVII oraz XXVIII odbyła w latach 1944-1948. Uwzględnienie ich w tradycji PPS było dobitnym dowodem, że niepodległościowy, demokratyczny socjalizm obcy jest kierownictwu współczesnej PPS, wybrali tradycje „fałszywej” PPS. Dokonali symbolicznego zjednoczenia z tradycją partii, która stała się częścią PZPR.

Informując o śmierci Waszego wspólnego przyjaciela Grzegorza Ilki, Cezary Mieżejewski napisał „Razem marzyliśmy o odrodzeniu PPS i na chwilę nam się udało”. Czy mógłbyś jakoś skomentować te słowa? Czy Twoje odczucia są podobne? Chodzi głównie o to „na chwilę”?

TT: To prawda, że Polska Partia Socjalistyczna miała swoje pięć minut. Działanie w jednej organizacji z ludźmi którzy stanowili element ciągłości z przedwojenną PPS było ważnym doświadczeniem. Tamta PPS jako struktura już nie istnieje. Istnieją jednak jej wartości, jej tradycje, jej historia. Wiele przyczyn złożyło się na to, że nam się nie udało. Warto było jednak spróbować. Uważam jednak, że na podmiot polityczny, który do tamtego ruchu by nawiązywał jest miejsce na polskiej scenie politycznej. Jednak taki proces musi trwać. Nie da się zbudować partii na zamówienie, nawet kiedy istnieją obiektywne powody, dla których powinna powstać. Powolne lecz systematyczne budowanie takiego ruchu powinno wydać owoce.

Zostawmy politykę. Co wydarzyło się dalej w życiu Tomasza Truskawy po decyzji o opuszczeniu PPS?

[TT]: W 1989 roku podjąłem pracę w Zarządzie Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność”, gdzie pracowałem do 1996 roku. Początkowo w Zespole d/s Płac, a później w Biurze Konsultacyjno-Negocjacyjnym. Zajmowałem się głównie zbiorowymi stosunkami pracy (regulaminy wynagrodzeń, układy zbiorowe itp.) oraz negocjacjami (m.in. byłem mediatorem podczas strajku w jednej z firm obsługujących Port Lotniczy Warszawa-Okęcie). Byłem również przez wiele lat doradcą Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów. Ta ostatnia historia to cenne doświadczenie dotyczące sposobów prowadzenia działalności związkowej w bardzo nietypowej grupie zawodowej jaką są policjanci, w warunkach zależności służbowej opartej o rozkaz.

Czy podejmowałeś jeszcze jakieś inicjatywy społeczno-polityczne?

TT: Późniejsza droga zawodowa jest już zupełnie apolityczna, pozwolę ją sobie pominąć. Muszę jednak wspomnieć o współpracy na początku lat dziewięćdziesiątych ze środowiskiem trockistowskim (Ewa Balcerek, Włodek Bratkowski) w ramach pisma „Tygodnik Antyrządowy”. Innym rodzajem działalności jest Stowarzyszenie Wolnego Słowa (od 2005 r., może 2006? r., w którego zarządzie jestem chyba od 2008 (9)? roku. W SWS zajmujemy się m. in. przypominaniem i utrwalaniem pamięci o dorobku polskiego ruchu opozycyjnego wobec systemu komunistycznego. M.in. w SWS wydaliśmy kilka publikacji i zorganizowaliśmy kilka konferencji poświęconych losom i dorobkowi Polskiej Partii Socjalistycznej w latach 1987-1990. Te ostatnie działania obywały dzięki współpracy Grzesia Ilki i Czarka Miżejewskiego.

Dziękujemy Tomku za tą rozmowę, dziękujemy i jesteśmy wielce zaszczyceni, że jesteś z nami. Idziemy razem naprzód, mimo różnic i doświadczeń pokoleniowych czy politycznych, rozpoczęliśmy wspólnie budowę pewnego przyczółka, który będzie stał na straży dobrego imienia PPS. Na koniec tej rozmowy, czy chciałbyś coś przekazać młodzieży zainteresowanej ruchem socjalistycznym w tej „sztafecie pokoleń”? Warto może wspomnieć, o czym zapewne wiesz, że w 2019 roku odrodziła się Organizacja Młodzieżowa PPS. Widzimy, że coraz częściej sięga ona do dorobku niepodległościowego socjalizmu, co budzi nadzieję na wytworzenie i odrodzenie tego nurtu wewnątrz obecnej PPS.

TT: Polski ruch socjalistyczny miał w swojej historii rozmaite okresy. Nigdy nie był monolitem. Najważniejsze jest chyba jednak to, że mimo wszystko tradycje polskiego, niepodległościowego ruchu socjalistycznego przetrwały, że znajdują się młodzi ludzie którzy chcą ten sztandar ponieść dalej. Istnieje zatem nadzieja, że ten właśnie nurt socjalistyczny odzyska należne mu miejsce na naszej scenie polityczne. Pamiętając o tradycjach nie możemy dać się zamknąć w ich skorupie, z drugiej strony dążąc do zmiany nie możemy ulegać wszelkim prądom i modom o ile mają przymiotnik „postępowy”. Lewica o jakiej mówimy to lewica środka. Jej powrót jako istotnego podmiotu jest zadaniem, którego nie da się zrealizować w krótkiej perspektywie. Dlatego potrzeba wytrwałości i determinacji, której mam nadzieję nie zabraknie.

Rozmawiał Dariusz Bondar, prace nad składem redakcyjnym Robert Plebaniak.

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *